Warning: Undefined variable $post_date in /home/platne/serwer28633/public_html/wp-content/themes/gurus/inc/classes/class-blog.php on line 31
Ile języka naprawdę potrzeba, żeby odnaleźć się za granicą – na przykładzie Francji i UK.
Ten artykuł jest częścią cyklu Język i kultura, w którym rozmawiam z profesjonalistami pracującymi lub mieszkającymi w międzynarodowym środowisku o tym, jak język łączy się z kulturą i jak kody kulturowe wpływają na to, jak postrzegamy świat — i samych siebie.
Dzisiejsza rozmowa dotyczy pytania, które wraca najczęściej: ile języka naprawdę potrzeba, żeby odnaleźć się za granicą?
Rozmawiam z Izabelą Rebehantą o Francji i UK, o języku, kulturze oraz codziennym funkcjonowaniu — bez teorii, za to z przykładami z życia.
Lana Antoniuk
Do rozmowy zaprosiłam Izabelę Rabehantę. Iza zna Francję nie tylko „od środka”, ale i od strony ludzi, miejsc oraz codziennych rytuałów, które zaskakują najszybciej.
Ja będę opowiadać o UK, a Iza o Francji. W tej rozmowie nie interesuje nas teoria ani „ładne” deklaracje o poziomach językowych. Bierzemy na warsztat konkret: sytuacje z życia, dialogi, niezręczne momenty w sklepie, w pracy, na peronie. I to, co słyszymy od Polaków po 2 tygodniach, 2 latach i 10 latach życia za granicą.
Kiedy „znam język” okazuje się za mało
Lana: Izo, z jakimi oczekiwaniami językowymi Polacy przyjeżdżają do Francji i co najszybciej je weryfikuje? W jakich sytuacjach najszybciej okazuje się, że „znam język” to za mało?
Iza: Przyjeżdżających Polaków podzieliłabym tu na dwie główne kategorie:
- Osoby, które są w trakcie nauki lub zaczynają się uczyć francuskiego (od A1 do B1) — tutaj naturalnie oczekiwania są mniejsze. Osoby te mają świadomość, że przede wszystkim czeka je praca nad językiem, aby mogły we Francji swobodnie funkcjonować.
- Osoby, które mają bardziej zaawansowany poziom języka (od B2 wzwyż) i oczekują, że uda im się w miarę bezproblemowo funkcjonować. Jednak jeśli bywały dotąd we Francji głównie jako turyści, na krótkich wyjazdach, bez konieczności samodzielnego załatwiania codziennych spraw — u lekarza, w urzędzie, nawet w sklepie — może się okazać, że jest przed nimi więcej pracy, niż sobie wyobrażali.
To, co najszybciej weryfikuje naszą znajomość francuskiego, to właśnie sytuacje z życia codziennego : kupowanie konkretnego kawałka mięsa w supermarkecie, wizyta na poczcie, w banku, u lekarza. Orientujemy się, że w szkole i na kursach uczyliśmy się języka „pod zdawanie certyfikatów”, a nie pod funkcjonowanie w codziennym życiu. Brakuje nam słownictwa.
I to jest bardzo konkretne doświadczenie. Pamiętam, jak poszłam na zwykłe zakupy spożywcze kupić kawałek mięsa na obiad i sprzedawca zapytał: „A proszę panią, co pani będzie gotować?”. I ja byłam w tym momencie w kropce.
Drugą sferą jest nawiązywanie relacji z Francuzami, prowadzenie francuskiego small talku . Tutaj orientujemy się, że język potoczny bardzo różni się od klasycznego języka, którego uczymy się z podręczników. Pełno tu skrótów, świadomych „błędów”, uproszczeń. A także słownictwo jest zupełnie inne.
Kolejnym etapem, który weryfikuje naszą znajomość języka, jest szukanie pracy we Francji. Dużo zależy oczywiście od branży i stanowiska, natomiast jako zasada ogólna: jeśli w grę wchodzi zatrudnienie, Francuzi wymagają bardzo wysokiej znajomości języka na wszystkich poziomach — profesjonalnym (kontakt z klientem), merytorycznym (oczywiście) oraz potocznym (relacje między pracownikami).
To są sytuacje, kiedy możemy poczuć się zaskoczeni na poziomie języka. Ale zaskoczeń we Francji będzie dużo więcej.
Życie codzienne we Francji – język, mentalność i kody kulturowe
Lana: Powiedziałaś: „zaskoczeń będzie więcej”. Co masz na myśli?
Iza: Sposób załatwiania spraw (mentalność). Jesteśmy przyzwyczajeni do podejścia „klient nasz pan” — ale we Francji to nie działa. Tutaj maksyma jest odwrotna: „urzędnik / kelner / sprzedawca nasz pan”.
Zwyczaje. Zupełnie nieintuicyjnym dla Polaków jest zwyczaj „la bise”, czyli dawania sobie buziaków w policzki na powitanie. Temat jest bardzo szeroki, ale napomknę tylko, że liczba buziaków różni się w zależności od regionu i że buziaki wymieniają między sobą również mężczyźni.
Kody kulturowe. Polacy traktują uprzejmość jak narzędzie. Jeśli chcę coś uzyskać, to będę odpowiednio uprzejmy, dołożę do zdania tyle i tyle form uprzejmościowych, a jeśli mi na czymś nie zależy albo np. bardzo się spieszę, to przejdę od razu do rzeczy. Dla Francuza uprzejmość jest podstawą komunikacji, jej podstawowym i niezbędnym elementem, który świadczy o dobrym wychowaniu (a ono jest dla Francuzów szalenie ważne). „Bonjour”, „merci”, „s’il vous plaît” — to tylko wierzchołek góry lodowej form uprzejmościowych.
A one pojawiają się w komunikacji dużo częściej niż po polsku — dlatego musimy je stosować z dużą świadomością i uważnością. Inaczej ryzykujemy, że po prostu nie załatwimy swoich spraw we Francji, a Francuzi będą w kontaktach oschli i będą traktować nas z góry, jak dzikusów, którzy wychowali się w puszczy.
Więc tak — dość szybko możemy się zorientować, że przekonanie „znam język” to za mało.
Lana: Jakie dwie umiejętności są kluczowe na start, żeby przestać czuć się zagubionym?
Iza: Dwie rzeczy:
→
nauka języka potocznego
(rejestr familier)
→
odwaga do mówienia pomimo swoich błędów
oraz obcego akcentu, o który Francuzi będą pytać na każdym kroku (w Polsce nie ma takiego zwyczaju wobec obcokrajowców, a we Francji jest nagminne).
Dlaczego Polacy zaczynają uczyć się angielskiego dopiero po 5–10 latach życia w UK
Iza: Lano, a co najczęściej mówią Ci Twoi kursanci mieszkający w UK lub innych krajach? W jakich codziennych sytuacjach — w pracy albo w rozmowach z ludźmi — czują się niepewnie i z czym wtedy najbardziej się mierzą?
Lana: Nawiązując do Twojej odpowiedzi: mówiłaś o osobach, które dopiero przyjechały do Francji i o ich zderzeniu z rzeczywistością na początku. U mnie, jeśli chodzi o pracę z Polakami mieszkającymi w UK, moi kursanci w większości mieszkają tam ok. 5–10 lat i dopiero po tym czasie czują potrzebę nauki czy „szlifowania” języka .
Jeśli ktoś jedzie do kraju, gdzie mówi się po angielsku, którego uczyło się w szkole, to ma się wrażenie, że zna ten język. Potem dochodzi praca w polskojęzycznym środowisku, brak czasu i możliwości nawiązywania kontaktów społecznych. Są zajęci codziennością i pracą i „jakoś to idzie”. Tak mijają lata. I mimo że wiele osób w Polsce uważa, że wyjazd do kraju anglojęzycznego będzie lekarstwem na ich angielski, tak się samo z siebie nie dzieje .
U niektórych dostrzegam dużą otwartość na integrację z lokalną społecznością — zaczynając od sąsiadów. Chcą móc zamienić słowo, mijając się na ulicy czy na klatce schodowej. Ale wyzwaniem jest: po pierwsze zrozumienie wymowy, po drugie — nieformalnego słownictwa i slangu.
Są też sytuacje rodzinne. Ci, którzy mają dzieci, zaczynają się wstydzić mówić, bo dzieci ich poprawiają i proszą, żeby się nie odzywali „ze swoim angielskim” na wywiadówce czy w obecności kolegów. Jedna z moich kursantek miała bardzo konkretny cel: poprawić wymowę, bo jej dziecko ciągle ją poprawiało. To bardzo mocno uderza, bo to jest relacja dziecko–rodzic. I ktoś to nosi w środku.
I jeszcze jedna grupa: pracuję z osobami nie tylko w kwestii języka. Miałam kursantki mieszkające w UK i Szwecji, które pracują w branży medycznej. Ich angielski brzmi „jak biegły”, nauczyły się metodą immersji, ale wraz z rozwojem zawodowym chciały zgłębić i zrozumieć bardziej złożone zagadnienia językowe. Przychodzą wtedy z konkretnymi sytuacjami: kto co powiedział, dlaczego, co to znaczy kulturowo, a nie tylko językowo.
I wydawałoby się, że mieszkasz w otoczeniu i automatycznie chłoniesz język i zwyczaje, ale w rzeczywistości — bez zaangażowania, prawdziwej ciekawości i zgłębiania wiedzy językowej i kulturowej — nic samo się nie wydarza .
Iza: Jakie dwie umiejętności dałabyś na start, żeby czuć się pewniej w UK?
Lana: Po pierwsze: gotowość stać się uczniem niezależnie od wieku . Stawiać za cel komunikację, nie perfekcję w języku. , wyciągać lekcję na przyszłość. Jedna rzecz, jak ktoś ci opowie, a druga, jak sama przez to przejdziesz — wtedy to rozumiesz.
Po drugie: nauczyć się zwrotów grzecznościowych i tego, jak poprosić, żeby ktoś powtórzył, jeśli nie rozumiesz. Upewniać się, że rozumiesz — nie iść w „niby rozumiem” i odpowiadać na ślepo, bo wtedy robią się dziwne wątki. Otworzyć się na nową kulturę bez oceniania i porównywania się . Wyrzucić z głowy mało realne oczekiwanie: „chcę mówić jak native speaker” i doceniać swoje najmniejsze sukcesy językowe.
Kultura jako test języka – dlaczego certyfikat nie wystarcza
Lana: Izo, który element francuskiej kultury najbardziej obnaża braki językowe Polaków — i dlaczego?
Iza: Braki językowe najczęściej wychodzą w nieformalnych kontaktach z Francuzami — problemem jest brak znajomości języka potocznego (we francuskim to cała warstwa językowa, bardzo bogata i inna niż klasyczny język francuski z podręczników) oraz to, że Francuzi mówią bardzo szybko.
Ale poszłabym dalej. Język francuski przenika się z kulturą Francji, mentalnością Francuzów.
Nieznajomość kodów kulturowych często jest powodem nieporozumień
, które wpływają na:
A) postrzeganie Francuzów jako narodu i powstawanie czy utrwalanie się stereotypów,
B) nasze osobiste doświadczenia pobytu i emigracji: czy potrafimy się we Francji odnaleźć, nawiązać dobre, szczere relacje itd.
Przykładem takiego nieporozumienia jest choćby słowo „Bonjour”. Dla Polaka to przede wszystkim słowo o konkretnym znaczeniu: „dzień dobry”. Natomiast dla Francuza „Bonjour” jest przede wszystkim komunikatem, który mówi: „widzę Cię, szanuję i chcę wejść z Tobą w kontakt / w relację”.
Dlatego Polacy — którzy są dużo bardziej bezpośredni w komunikacji niż Francuzi — czasem ominą „Bonjour”, bo w piekarni chcą przecież kupić chleb, a nie rozmawiać. Zaczynają rozmowę od: „Chciałbym kupić dwie bagietki”. Albo w supermarkecie: „Przepraszam panią, gdzie są drożdże?”. Dla Francuzów użycie „Bonjour” na początku jest kluczowe. Bez tego nie ma rozmowy.
Język to oczywiście podstawa, ale jednocześnie tylko część składowa tego, czego potrzeba, aby się we Francji odnaleźć — jako emigrant czy osoba, która przyjeżdża tu regularnie.
Praca w międzynarodowym zespole: jak kultura zmienia znaczenie słów
Iza: Lana, czy jest coś, co w kulturze UK i w komunikacji po angielsku nieustannie dziwi Polaków?
Lana: Tak. I to regularnie — nawet po wielu latach życia w UK.
Na poziomie kulturowym punkt wyjścia jest prosty, ale kluczowy. Polska funkcjonuje bliżej high-context culture: dużo czytamy z tonu, relacji, historii współpracy. Wielka Brytania to low-context culture, ale z jednym haczykiem — komunikacja jest pośrednia językowo, choć konkretna decyzyjnie. I właśnie to najbardziej dezorientuje.
W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do komunikacji bardziej bezpośredniej . „Chcę”, „potrzebuję”, „zróbmy” nie są odbierane jako niegrzeczne — są jasne. W angielskim brytyjskim ta sama forma brzmi twardo, a czasem wręcz nieuprzejmie.
Przykład: „I want” vs. „I’d like a coffee”, „Could I have…?”, „Would it be possible…?”
Miałam kursantkę — menedżerkę w IT — pracującą w międzynarodowym zespole, gdzie jej przełożoną była Brytyjką. Dział potrzebował nowych monitorów. Temat wracał na kilku spotkaniach. Moja kursantka coraz bardziej się irytowała, bo „nic się nie działo”.
Pytam: „Co dokładnie słyszałaś na call’u?”
Odpowiedź przełożonej brzmiała: „Absolutely, take care of it.”
I tu jest sedno.
Dla Ani: brak polecenia = brak decyzji. Nie padło „zamów”, „kup”, „masz budżet”. Dla Brytyjki: decyzja została podjęta. „Take care of it” oznaczało: masz zielone światło, działaj.
Obie strony były przekonane, że są jasne. I obie były zdziwione brakiem efektu.
Trzeci obszar to feedback, odmowa i dziękowanie . W polskiej kulturze feedback bywa skrócony, rzeczowy, czasem szorstki — ale uważamy, że to znaczy: szczery. W UK informacja zwrotna jest opakowana. Zaczyna się od pozytywu, przechodzi przez dyplomatyczne „maybe”, „perhaps”, „you might want to consider…” .
Polacy często myślą: „super, jest ok”, podczas gdy Brytyjczyk właśnie przekazał krytykę. Podobnie z odmową: zamiast „nie” pojawia się „I’m not sure it would work”, „It might be difficult at this stage”. Dla niewprawnego ucha brzmi to jak otwarta furtka, a kulturowo jest zamknięciem tematu. Z takimi sytuacjami bardzo często przychodzą do mnie kursanci — przynosząc konkretne dialogi z pracy albo z życia codziennego.
Zgodzę się z Tobą: nie wystarczy znać język . Trzeba rozumieć, jak kultura wpływa na znaczenie słów. Ta sama fraza może być grzecznością, decyzją albo odmową — w zależności od kontekstu kulturowego. Dlatego praca nad językiem obcym to nie tylko słownictwo i gramatyka, ale nauka czytania między wierszami .
„Bonjour, madame”
Lana: Wrócę jeszcze do Twojego przykładu z peronu o którym mi opowiadałaś, bo on jest bardzo mocny. Opowiedz go dokładnie.
Iza: Mieszkałam blisko dworca, więc biegłam na pociąg — trzy minuty do odjazdu. Byłam bez tchu. Wpadam na peron, pociąg jest długi, ma wiele wagonów. Na bilecie mam numer wagonu. Chciałam sobie ułatwić: nie szukać numeru, tylko zapytać konduktora, który stał tuż przede mną.
Zaczęłam tak, jak zaczyna Polak: „Excusez-moi, monsieur”, czyli „przepraszam pana, czy pan wie…?”. Konduktor rozmawiał jeszcze z drugim konduktorem. Na spokojnie zmierzył mnie wzrokiem — a ja w środku mam serce, które wali — i powiedział: „Bonjour, madame”. I czekał.
I ja w tym momencie musiałam zrobić w głowie fikołek: „Aha. Zapomniałam o czymś ważnym”. Czyli: „Bonjour, monsieur”. I dopiero dalej już można .
To jest bardzo typowa sytuacja. Jeśli ktoś nie zna tego kodu, że „Bonjour” nie jest tylko słowem „dzień dobry”, tylko komunikatem i wejściem przez drzwi rozmowy, to albo nie zauważy, że został poprawiony i nie będzie mógł się poprawić, albo będzie miał złe doświadczenie z Francuzami. I wtedy pojawia się pytanie: na co nam znajomość języka, jeśli potem nie wiemy, o co chodzi w rozmowie?
Dlaczego ktoś nas „źle potraktował”, dlaczego był oschły, dlaczego był nieprzyjemny, dlaczego spoglądał z góry? I teraz uwaga: pomyślmy o typowych stereotypach o Francuzach — że są niemili, oschli, wyniośli. Moje pytanie jest takie: na ile to jest kwestia różnic, mijania się w kodach uprzejmości, a na ile faktycznie trafiliśmy na kogoś, kto po prostu był nieprzyjemny? Bo tacy ludzie są w każdym narodzie .
Otwartość na inną kulturę w komunikacji
Lana: I tu mam follow-up. Czy Twoim zdaniem ta otwartość na inne kultury ma być z obu stron? Czy gdyby Francuzi lepiej znali „nasze” kody, byłoby łatwiej? Czy to nie jest gra do jednej bramki?
Iza: Powiem tak: oczywiście to by mogło pomóc. Ale to nie zadziała w taki sposób, że ja przyjeżdżam do Francji i oczekuję, że system i ludzie w usługach, urzędach i miejscach codziennych „dostosują się” do moich kodów.
Tu pasuje powiedzenie: „When in Rome, do as the Romans do”. Jak wejdziesz między „wrony”…: jeśli jesteś w danym kraju, to uczysz się zasad komunikacji tego kraju .
Otwarta głowa pomaga w relacjach interpersonalnych — z sąsiadką, koleżanką, w small talku, gdy kontekst jest osobisty. Ale jeśli załatwiamy sprawy, to często jest to bezlitosne . Emigracja jest wejściem w trochę bezlitosną drogę: świadomie rezygnujesz ze swojego komfortu bycia rozumianym i rozumianym „bez słów”. Wchodzisz na drogę uczenia się czyjejś kultury i postępowania według zasad czyjejś kultury.
Lana: Jedna rada dla osób myślących o Francji?
Iza: Zacznij uczyć się francuskiego zanim przeprowadzisz się do Francji . To fałszywe przekonanie, że immersja pomaga nam „szybko nauczyć się języka” — ona bardzo często staje się źródłem stresu i gorszego, emocjonalnie trudnego przeżywania początków emigracji.
Przy nauce języka nie zaniedbuj też poznawania Francji od strony kulturowej: mentalności, zwyczajów . To pozwoli Ci lepiej zrozumieć Francuzów, którzy jako naród bardzo się od nas, Polaków różnią.
Iza: Lano, a gdybyś miała dać jedną radę osobie uczącej się angielskiego pod życie i pracę z zagranicą — co by to było?
Lana: Przede wszystkim: zacznij i ucz się języka, nie odkładaj tego na „kiedyś” . Czas płynie szybko, a później nie nauczysz się szybciej . To działa trochę jak procent składany w inwestycji. Może się zdarzyć, że będziesz żałować szans i okazji, z których nie skorzystałaś przez angielski. A niechęć i żal do tego języka będą się tylko nasilać.
Postaraj się oddzielić emocje i negatywne przekonania — że nie potrafisz, że nie masz głowy ani talentu do języków. Najbardziej potrzebnym zasobem jest czas . A czas znajdziesz wtedy, gdy coś staje się ważne, gdy staje się priorytetem . Kiedy angielski będzie na tej liście, nic Cię nie powstrzyma.
Jeśli podczas czytania tego artykułu pomyślałaś, że potrzebujesz praktycznego angielskiego do świadomej komunikacji, sprawdź moją ofertę kursów w formule grupowej.W małych grupach z uwzględnieniem kontekstu kulturowego i tego, jak język działa w praktyce — w pracy i poza nią. Kliknij tutaj i poznaj szczegóły.
